Magiczne kamienie w Karkonoszach

Mając pierwszy od miesięcy wolny weekend postanowiłam wypocząć z dala od wielkiej aglomeracji, zgiełku i pośpiechu. Pomyślałam więc o górach. Najbliższe (bo wolnego tylko 2 dni) Sudety, a jak Sudety to oczywiście Karkonosze a jak karkonosze to Karpacz Kiedyś bywałam tu na koloniach letnich. Wówczas miasto wydawało mi się nudne a góry męczące. Ciągle tylko wycieczki, cisza i spokój (którym zachwycały się nasze opiekunki), żadnych atrakcji. Teraz ten wspomnieniowy obraz wydawał się być wręcz sielankowy. Wymarzony na „szybki” odpoczynek. Zarezerwowałam więc pokój, spakowałam niezbędne rzeczy i w drogę. Do Karpacza dojechałam ok. 19 wieczorem w piątek.
Droga w centrum Karpacza

Zaskoczył mnie ruch na głównej ulicy. Ciągle jadące samochody, mnóstwo ludzi, kolorowe światła reklam, gwar większy niż na Marszałkowskiej w Warszawie. Gdybym nie była tak zmęczona, to zawróciłabym natychmiast. Całe szczęście przynajmniej hotel okazał się oazą spokoju, a recepcjonistka chodzącą skarbnicą wiedzy o Karpaczu i Karkonoszach.

Gdy powiedziałam w jakim celu tu przyjechałam, poradziła zamiast standardowego zwiedzania kościoła Wang, czy Muzeum Zabawek, wjazdu na Śnieżkę czy podziwiania skoczni narciarskiej odwiedzenie miejsc mniej uczęszczanych ale za to „z duszą”. Pierwszy dzień spędziłam więc próbując znaleźć i wydobyć cenne kryształy górskie, turmaliny, ametysty lub choćby granaty na Kruczych Skałach a potem w Płuczkach, gdzie ponoć znajdowały się kiedyś kopalnie srebra. To bardzo wciągające ale i odprężające zajęcie, choć efektu, w postaci jakichś urodziwych okazów nie osiągnęłam ale za to nieźle się bawiłam. Drugiego dnia wybrałam się do Szklarskiej Poręby bo tam jak się dowiedziałam, są aż dwa Muzea Mineralogiczne. Tu nabyłam kilka przepięknych ametystów, cytrynów, kwarców dymnych i opali. Wszystkie zdaje się niestety nie Karkonoskie. Dwa dni wystarczyły, by zauroczyła mnie magia kamieni.